Druga Ziemia (Another Earth, 2011)
A gdyby nad naszymi głowami zawisł drugi świat, taki jak nasz to…
W zalewie filmów SF bazujących na akcji czy wymyślnych efektach, niemal zawsze naszą planetę dotyka inwazja obcych. W różnej formie. Druga Ziemia (Another Earth) to film, który pokazuje, że nie zawsze musi tak być. I nie wszystko trzeba wyjaśniać do końca. A i sama opowieść nie musi skupiać się na SF.
Zatopiłem się w tym filmie z oniryczną muzyką bez opamiętania. Choć nie jest to czyste SF (a takie lubię) to ujął mnie w nim specyficzny klimat, ludzkie rozterki i ta wisząca nad głowami poświata bliźniaczej planety.
Druga Ziemia przede wszystkim jest filmem o ludziach. Nadzwyczajne zjawisko jakim jest pojawiająca się na niebie bliźniacza planeta jest tylko tłem dla dramatycznych wydarzeń. Wydarzeń, można by rzec zainicjowanych niespodziewanym pojawieniem się Ziemi-Bliźniaczki.
Coś (The Thing, 2011)
Koszmar.
Koszmar w sensie – film klasy B, a do tego nie śmieszny. Więc może zanim zacznę wymieniać wady i czepiać się przez porównania starszego filmu Carpentera o tym samym tytule napiszę o pozytywach. Właściwie jest jeden pozytyw w filmie Coś (The Thing, 2011) – końcowe napisy. Serio.
I nie chodzi mi o to, że się wreszcie pojawiają aby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale to, że w bardzo fajny i sprytny sposób łączą końcówkę Coś (2011) z początkiem Coś (1982). Po przebrnięciu przez film po prostu nie myślałem, że coś w nowym Coś może się udać. Coś się udało. Finał.
A teraz o tym co się nie udało. I będę się streszczał. Nie mam żalu do twórców, że nie udało im się nawiązać w tym filmie do Coś Carpentera, tak jakby mogli zrobić. Carpenter pokazywał różne scenki, które Norwegowie zarejestrowali kamerą i na zdjęciach. Amerykanie przeglądali to i starali się domyślić co się stało. Tymczasem w tym podniosłym momencie w nowym filmie nie widać aparatów, kamer. A co za tym idzie tej doniosłości odkrycia pojazdu kosmicznego zarytego w lodzie jak i obcej zamrożonej formy życia. Ale , że prequel odbiegł trochę od tego co już znamy i tego jak należałoby się spodziewać że zobaczymy, to najmniejsza wada Coś (2011). Są większe.
X-men: Pierwsza klasa (X-men: First Class)
To już nie moda,
to szał na prequele.
I nie mam nic przeciwko. Kino żyło zawsze z kontynuacji hitów (sequele). Kolejny i kolejny „odcinek” wchodził na ekrany. Publika szalała i chodziła na kolejną odsłonę tego samego. Ileż to odsłon Rambo? Piratów z Karaibów? Krwawej Piły 1,2,3,4,5… Wzgórz co mają oczy 1,2,3… Krzyku 1,2,3,4…
Dobry prequel wymaga szczypty pomysłu i przynajmniej poprawnej realizacji. A dodatkowo odświeża coś nam już znanego. W przypadku X-menów (podobnie jak w przypadku prequelu Star Treka) sprawa jest banalnie prosta. Trzeba pokazać jak TO się stało. Jak doszło do tego, że „dorośli” X-meni są tacy jacy są. I skąd się wzięli. Opowiedzieć taką historię to banał.
Ja X-Menów jakoś nie lubię. Nie wpasowują się w mój przedział filmów ulubionych. Tak po prostu. Podobnie nie szaleję za Star Trekiem.
Tymczasem prequel X-Men Pierwsza Klasa zaskoczył mnie pozytywnie. Długi to film, a ogląda się szybko. Poznawanie młodych X-Menów wzbudza ciekawość. I tak jeden po drugim poznajemy ich i ich możliwości. Jest fajnie, jest rozrywkowo. Akcja się toczy. Rozrywka gwarantowana.
Sunshine / W stronę słońca
Sunshine (W stronę słońca) to film science fiction taki, jakie lobię. Przeważa w nim klimat. Nie znajdziecie tutaj obcych, machania świetlnym czymś-tam lub strzelania z laserowego czegoś-tam. Nie znajdziecie tutaj wartkiej akcji i upchniętymi na siłę dialogami czy gagami w sytuacjach krytycznych. To film o ludziach i ich zmaganiach z kosmosem. To wędrówka ku gasnącej życiodajnej gwieździe i wędrówka wgłąb ludzkiej psychiki. Wręcz nostalgiczny obraz i opowieść o tym, w którym miejscu kosmosu jesteśmy. I choć film kończy się optymistycznie, niesie nadzieję dla ludzkości i rozgrzewa serca. To zanim do tego dojdzie musicie przebrnąć zarówno przez absolutne zero próżni kosmosu jak i niewyobrażalny żar promieni słonecznych.
Sunshine to film, który mogę oglądać wiele razy. I za każdym razem sprawia mi wielką przyjemność. Podobnie jak Solaris (w którym wyjątkowo polubiłem Clooneya), podobnie jak The Moon z bazą “jednego wiecznego klona”. W stronę słońca to opowieść o pionierach wypełniających misję. O ciężarze jaki ciąży im w drodze ku najbliższej gwieździe. O ludzkich słabościach, zmaganiach, błędach i ich konsekwencjach. Aż wreszcie o fascynacji natura, kosmosem, Słońcem. Kilku astronautów, specjalistów z różnych dziedzin, odpowiedzialnych za rożne aspekty misji musi pokonać nieznane, a co za tym idzie swoje leki i stawić czoła temu, co nieznane. Niepojęte. Poprzednia misja zawiodła. Czy tym razem się uda? Dlaczego tamci nie wykonali zadania? Co stanęło na przeszkodzie. Czy i u nas to się dzieje?
Tożsamość (Unknown, 2011)
Tożsamość (Unknown) to dobry thriller sensacyjny. Niestety tylko dobry. Ale o wszystkim w swoim czasie.
Niezaprzeczalnie film buduje napięcie od niemal samego początku. Spokojna wyprawa do Berlina na konferencje naukową - żona z mężem naukowcem. Czego tu się można spodziewać. Tymczasem już na samym początku zaczyna się intryga.
Hotel. Zgubiony bagaż. Wyprawa taksówka na lotnisko. Wypadek. Kilkudniowy pobyt w szpitalu. Śpiączka. Brak żony przy boku męża? Wypis na własne życzenie. Hotel. Żona… która nie poznaje męża, wręcz twierdząc, że jest kimś obcym, nieznanym. Liam Neeson aka Dr Martin Harris stracił siebie. Stracił swoją tożsamość. Zaczyna się właściwa akcja.
