Wyścig z czasem (In Time, 2011)
Marna akcja, marny thriller, średnie SF.
Cóż tu dużo mówić. Na bezrybiu i rak ryba. Więc dla fantastomaniaków taki film to już plus sam w sobie. Szkoda tylko, że to kino mało ambitne i tak samo mało rozrywkowe. Przeciętny średniak filmowy – zapychacz czasu.
A czas to pieniądz.
Fajny pomysł ale zaprzepaszczona szansa na stworzenie dzieła, które bądź zmusi do refleksji, bądź zapadnie w pamięć na dłużej. W pamięć, owszem, zapada – marna rola Timberlake’a. Nie rozumiem, po cóż chłop się pcha do takiego kina, skoro nie potrafi grać. A na dodatek brakuje mu charyzmy. Osobowości. Jest sobie takim Timberlakiem, i tak sobie gra psując pierwszoplanową rolę głównego bohatera. No cóż. Na pocieszenie – nie on jeden. Film zepsuli wszyscy – od scenarzysty zaczynając, przez aktorów aż po reżysera (co jest swoistym kręgiem, bo jest on też scenarzysta) co troche dziwne, skoro udało mu się stworzyć takie filmy jak Gattaca, Truman Show, Terminal czy Pan życia i śmierci. Poprawnie wypada jedynie dział techniczny, odpowiedzialny za rzemieślnicze aspekty filmu.
Resident Evil: Degeneracja (2009)
Leon i Claire powrócili do akacji w pełnometrażowym filmie.
Capcom stworzył serię gier Resident Evil (Biohazard), która od wielu lat towarzyszy graczom na całym świecie). Seria Resident Evil zyskała uznanie u wielu z nich i stała się grą kultową. Kilka generacji konsol, potem także dostępna na komputerach PC to nieustanna walka z kreaturami w jakie przekształcają się zarażeniu wirusem T ludzie - najogólniej ujmując: zombiaki. Stworzony świat z korporacją Umbrella i Racoon City musiał wyjść na kinowe ekrany. Mieliśmy filmy z Millą Jovovich, pełne akcji i klimatu z gry. Ale także wirtualni bohaterowie - Leon i Claire - znani graczom z kolejnych części gry pojawili się w filmie - ponad 90 minutowej komputerowej animacji 3D.
Fabularnie film umieszczono po dramatycznych wydarzeniach w Racoon City. Tam ostatecznie rozwiązano problem nie dającej się powstrzymać infekcji atakiem nuklearnym i całkowitym zniszczeniem miasta. Unicestwiono wirusa T i główną siedzibę - laboratoria Umbrella Corporation. Przy tej okazji zginęło wielu niezakażonych ludzi. Co nie bez znaczenia będzie w Resident Evil - Degeneracja.
Druga Ziemia (Another Earth, 2011)
A gdyby nad naszymi głowami zawisł drugi świat, taki jak nasz to…
W zalewie filmów SF bazujących na akcji czy wymyślnych efektach, niemal zawsze naszą planetę dotyka inwazja obcych. W różnej formie. Druga Ziemia (Another Earth) to film, który pokazuje, że nie zawsze musi tak być. I nie wszystko trzeba wyjaśniać do końca. A i sama opowieść nie musi skupiać się na SF.
Zatopiłem się w tym filmie z oniryczną muzyką bez opamiętania. Choć nie jest to czyste SF (a takie lubię) to ujął mnie w nim specyficzny klimat, ludzkie rozterki i ta wisząca nad głowami poświata bliźniaczej planety.
Druga Ziemia przede wszystkim jest filmem o ludziach. Nadzwyczajne zjawisko jakim jest pojawiająca się na niebie bliźniacza planeta jest tylko tłem dla dramatycznych wydarzeń. Wydarzeń, można by rzec zainicjowanych niespodziewanym pojawieniem się Ziemi-Bliźniaczki.
Thor (2011)
Odyn. Loki. Thor.
Z pewną dozą nieśmiałości podchodzę do takich filmów. Takich – z bogami w roli głównej. Zawszę węszę podstęp reżysera, płyciznę scenariusza i głupkowaty humor oparty o nieśmieszne gagi. Ale z drugiej strony reżyserią zajął się Kenneth Branaght, reżyser mający w swoim dorobku piętnaście filmów w tym Henryka V i Hamleta (obydwa do tej pory pamiętam, więc nie mogły być kiepskie) – ekranizacji na postawie dzieł Szekspira. Czy też Frankenstein stworzony w kooperacji z F.F. Coppoli. Więc nie mogło być źle, prawda?
I film Thor jest udany. Jest intryga ziemsko-nieziemska, okraszona wspaniałą scenografią. Jest fabuła prosta lecz nie prostacka. Opowieść spójna i pełna mitologicznych osobowości. Jest w końcu Asgard – mityczna kraina skandynawskich bogów. A co najważniejsze – postacie bogów, Thora, Odyna, Lokiego a także nasi ziemscy bohaterowie, czyli ludzie którzy uczestniczą w boskiej intrydze – są przedstawieni naturalnie. Z pewną dozą humoru doskonale wpasowującego się w ten fantastyczno-bajkowy pejzaż.
Coś (The Thing, 2011)
Koszmar.
Koszmar w sensie – film klasy B, a do tego nie śmieszny. Więc może zanim zacznę wymieniać wady i czepiać się przez porównania starszego filmu Carpentera o tym samym tytule napiszę o pozytywach. Właściwie jest jeden pozytyw w filmie Coś (The Thing, 2011) – końcowe napisy. Serio.
I nie chodzi mi o to, że się wreszcie pojawiają aby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale to, że w bardzo fajny i sprytny sposób łączą końcówkę Coś (2011) z początkiem Coś (1982). Po przebrnięciu przez film po prostu nie myślałem, że coś w nowym Coś może się udać. Coś się udało. Finał.
A teraz o tym co się nie udało. I będę się streszczał. Nie mam żalu do twórców, że nie udało im się nawiązać w tym filmie do Coś Carpentera, tak jakby mogli zrobić. Carpenter pokazywał różne scenki, które Norwegowie zarejestrowali kamerą i na zdjęciach. Amerykanie przeglądali to i starali się domyślić co się stało. Tymczasem w tym podniosłym momencie w nowym filmie nie widać aparatów, kamer. A co za tym idzie tej doniosłości odkrycia pojazdu kosmicznego zarytego w lodzie jak i obcej zamrożonej formy życia. Ale , że prequel odbiegł trochę od tego co już znamy i tego jak należałoby się spodziewać że zobaczymy, to najmniejsza wada Coś (2011). Są większe.
