Constantine
John Constantine umarł raz. Spędził 2 minuty ziemskiego czasu w piekle. A tam, wydawało się, że trwało to wieczność. Ale wrócił. Przjerzał na oczy. Ostatecznie został egzorcystą. Wypędza demony z dziewczynek, aż pewnego dnia… gdzieś w niezbyt odległym Meksyku…
Keanu Reeves znów wciela sie w rolę, która do niego pasuje. W teatrze kilku aktorów, sam przeciw wszyskim, rozumiejąc moce i potęge nieobjęta ludzkim umysłem kroczy w kierunku śmierci w widowiskowym filmie z pogranicza grozy i czarnej komedii. “Constantine” to kino rozrywkowe, nie należy się tutaj doszukiwac jakiejś głębi. Szczęśliwie film sam w sobie także nie ma oambicji być kinem ambitnym - pozbawiony tej wady jak i amerykańskiego patetyzmu i heroizmu samotnie walczących bohaterów - jawi się całkiem dobrą pozycją kinową.
Przedstawiona historia jest prosta, wręcz banalna - walka dobra ze złem. Dobra w postaci Boga (całkowicie nieobecnego wizualnie w tym filmie) i zła w postaci szatana, którego słudzy jedne za drugim przewijają się na ekranie. Temat oklepany, pokazany po raz kolejny, w nowym ujęciu. Trochę sensacji. Trochę humoru. Trochę horroru.
Kontrolerzy (Kontroll)
Mroczny, podziemny świat tuneli, pociągów, milionów ludzi przemieszczających sie między stacjami. Nocne maratony po torach. Rywalizacja. Pluszowy miś jeżdżący na gapę. Uciekający Trepek. Śmierć w czarnym kapturze. Groteska.
Film ma swój urok. Świat zwariowany. Świat wypaczony. Dziwny, brudny, nijaki a jednocześnie fascynujący i wciągający. Emanujący po trosze złem, a po trosze równowagą miedzy światłem i cieniem. Trochę czarodziejsko-bajkowy. W tym całym galimatiasie ciekawe, dobrze narysowane postacie. Wspaniały klimat.
Niewątpliwie film warty obejrzenia, choć odradzam fanom prostego, zrozumiałego kina. Trzeba być otwartym na dziwności ;)